BIBLIOTEKA INTERNETOWA Strażnicy
BIBLIOTEKA INTERNETOWA
Strażnicy
polski
  • BIBLIA
  • PUBLIKACJE
  • ZEBRANIA
  • g99 22.8 ss. 18-23
  • Służenie Bogu w obliczu śmierci

Brak nagrań wideo wybranego fragmentu tekstu.

Niestety, nie udało się uruchomić tego pliku wideo.

  • Służenie Bogu w obliczu śmierci
  • Przebudźcie się! — 1999
  • Śródtytuły
  • Podobne artykuły
  • Solidne wykształcenie
  • Nowy ruch religijny
  • Pierwsze uwięzienia
  • Długo oczekiwane spotkanie
  • Wydarzenia przed chrztem
  • Ponowne prześladowania
  • Dziewięć lat cierpień
  • Wolność i znowu więzienie
  • Uwolniony, lecz wciąż prześladowany
  • Wreszcie wolno nam głosić!
  • Dawanie świadectwa aż po krańce ziemi — część 4
    Świadkowie Jehowy — głosiciele Królestwa Bożego
  • Działacz polityczny staje się neutralnym chrześcijaninem
    Przebudźcie się! — 2002
  • Bóg był naszym wspomożycielem
    Przebudźcie się! — 1999
  • Od skrajnego ubóstwa do największego bogactwa
    Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1999
Zobacz więcej
Przebudźcie się! — 1999
g99 22.8 ss. 18-23

Służenie Bogu w obliczu śmierci

OPOWIADA JOÃO MANCOCA

Dnia 25 czerwca 1961 roku w Luandzie w Angoli żołnierze przerwali nasze chrześcijańskie zebranie. Trzydzieści osób zabrali do więzienia. Pobili nas tak okrutnie, że co pół godziny przychodzili sprawdzić, czy ktoś nie umarł. Podobno niektórzy z nich mówili, że nasz Bóg musi być prawdziwy, skoro wszyscy przeżyliśmy.

PO TYM pobiciu spędziłem pięć miesięcy w więzieniu w São Paulo. A przez następne dziewięć lat przenoszono mnie z jednego zakładu karnego do drugiego, gdzie jeszcze wiele razy cierpiałem z powodu bicia, niedostatku i przesłuchań. Wkrótce po wyjściu na wolność, w 1970 roku, zostałem ponownie aresztowany i tym razem wysłany do osławionego obozu śmierci w São Nicolau (obecnie Bentiaba). Przebywałem tam dwa i pół roku.

Może się zastanawiasz, gdzie po raz pierwszy usłyszałem dobrą nowinę o Królestwie Bożym i dlaczego mnie, praworządnego obywatela, wtrącano do więzienia jedynie za to, że mówiłem innym o swych wierzeniach opartych na Biblii.

Solidne wykształcenie

Urodziłem się w październiku 1925 roku w pobliżu miejscowości Maquela do Zombo na północy Angoli. Kiedy w 1932 roku zmarł mój ojciec, mama wysłała mnie do swego brata, który mieszkał w Kongu Belgijskim (obecnie Demokratyczna Republika Konga). Nie chciała tego robić, lecz nie miała środków na moje utrzymanie.

Wuj był baptystą i zachęcał mnie do czytania Pisma Świętego. Wprawdzie stałem się członkiem jego Kościoła, ale to, czego się uczyłem, nie zaspokajało mojego głodu duchowego ani nie pobudzało mnie do służenia Bogu. Wuj posłał mnie do szkoły i pomógł mi zdobyć solidne wykształcenie. Między innymi nauczyłem się mówić po francusku. Później opanowałem też portugalski. Po szkole objąłem posadę radiotelegrafisty w centralnej radiostacji w Léopoldville (obecnie Kinszasa). A w wieku 20 lat poślubiłem Marię Pova.

Nowy ruch religijny

W tym samym roku, czyli 1946, dostałem się pod wpływ pewnego wykształconego Angolczyka — kierownika chóru z Kościoła baptystów. Pragnął on uczyć mieszkańców północnej Angoli posługujących się językiem kongo i podnosić ich poziom. Zdobył portugalskie wydanie broszury Królestwo — nadzieja świata, opublikowanej przez Towarzystwo Strażnica i rozpowszechnianej przez Świadków Jehowy.

Ów kierownik chóru przetłumaczył tę broszurę na język kongo i posługiwał się nią podczas cotygodniowych dyskusji biblijnych z grupą Angolczyków, pracujących w Kongu Belgijskim. Po pewnym czasie napisał do Biura Głównego Towarzystwa Strażnica w USA i otrzymał dalsze publikacje. Jednakże wiadomości, które nam przekazywał, łączył z naukami innych religii. Dlatego nie umiałem odróżnić prawdziwego chrystianizmu od niebiblijnych nauk chrześcijaństwa.

Niemniej zauważyłem, iż orędzie przedstawione w literaturze Towarzystwa Strażnica różniło się od wszystkiego, co słyszałem w Kościele baptystów. Dowiedziałem się na przykład, że Pismo Święte przykłada wielką wagę do osobistego imienia Boga, Jehowa, i że w związku z tym prawdziwi chrześcijanie słusznie nazywają się Świadkami Jehowy (Psalm 83:18; Izajasza 43:10-12). Do serca przemówiła mi też biblijna obietnica życia wiecznego na rajskiej ziemi, dana tym, którzy wiernie służą Jehowie (Psalm 37:29; Objawienie 21:3-5).

Chociaż nie znałem jeszcze dobrze prawd biblijnych, czułem się jak prorok Jeremiasz, który nie mógł pohamować gorącego pragnienia mówienia o Bogu Jehowie (Jeremiasza 20:9). Członkowie naszej grupy studiującej Pismo Święto przyłączyli się do mnie i razem głosiliśmy od domu do domu. Na podwórku u wuja organizowałem nawet zebrania, na które zapraszałem ludzi, używając drukowanych zaproszeń. Kiedyś przyszło aż 78 osób. Tak oto pod przewodnictwem angolskiego kierownika chóru tworzył się nowy ruch religijny.

Pierwsze uwięzienia

Nie wiedziałem, że wszelkie ruchy mające związek z Towarzystwem Strażnica były w Kongu Belgijskim zakazane. Dlatego 22 października 1949 roku kilkoro z nas aresztowano. Przed rozprawą sędzia porozmawiał ze mną na osobności i usiłował coś zrobić, by mnie zwolniono, gdyż wiedział, że jestem urzędnikiem państwowym. Aby jednak odzyskać wolność, musiałbym zerwać z grupą, która powstała w wyniku naszego głoszenia, a na to się nie zgodziłem.

Przebywaliśmy w więzieniu dwa i pół miesiąca, gdy władze zdecydowały, że Angolczycy mają wrócić do swego kraju. Ale w Angoli portugalskie władze kolonialne również odnosiły się do nas podejrzliwie i ograniczały nam swobodę działania. Z Konga Belgijskiego przybywali kolejni członkowie naszego ruchu, aż w końcu w całej Angoli było nas przeszło 1000.

Z czasem przyłączyli się do nas zwolennicy wybitnego przywódcy religijnego Simona Kimbangu. Ludzie ci nie byli zainteresowani studiowaniem publikacji Towarzystwa Strażnica, gdyż uważali, że Biblię może objaśniać jedynie medium spirytystyczne. Większość poparła ten pogląd, w tym również kierownik chóru, którego w dalszym ciągu uznawaliśmy za przywódcę. Modliłem się żarliwie do Jehowy, by pomógł nam skontaktować się z prawdziwym przedstawicielem Towarzystwa. Miałem nadzieję, że skłoni to wszystkich do przyjęcia prawdy biblijnej i odrzucenia sprzecznych z nią praktyk.

Pewni członkowie ruchu byli przeciwni głoszeniu, którym zajmowało się kilkoro z nas. Donieśli więc władzom, że przewodzimy jakiemuś ugrupowaniu politycznemu. W konsekwencji w lutym 1952 roku wielu z nas zostało aresztowanych, między innymi Carlos Agostinho Cadi i Sala Ramos Filemon. Siedzieliśmy w celi bez okien. Ale przyjazny strażnik przyniósł nam jedzenie od naszych żon oraz maszynę do pisania, dzięki czemu mogliśmy sporządzać kopie broszur Towarzystwa.

Po trzech tygodniach zostaliśmy deportowani do Baia dos Tigres, pustynnego regionu na południu Angoli. Towarzyszyły nam żony. Skazano nas na cztery lata ciężkich robót w przedsiębiorstwie połowowym. W Baia dos Tigres nie było żadnej przystani dla łodzi rybackich, toteż od rana do nocy nasze żony musiały brodzić w wodzie tam i z powrotem, przenosząc ciężkie ładunki ryb.

W obozie spotkaliśmy innych członków naszego ruchu i próbowaliśmy ich przekonać, by dalej badali Pismo Święte. Woleli jednak podążać za Toco, kierownikiem chóru. Później zresztą zaczęto ich nazywać tokistami.

Długo oczekiwane spotkanie

Podczas pobytu w Baia dos Tigres znaleźliśmy adres Biura Oddziału Towarzystwa Strażnica w Rodezji Północnej (obecnie Zambia) i napisaliśmy prośbę o pomoc. Została ona przekazana do Afryki Południowej, skąd otrzymaliśmy list z pytaniem, jak zainteresowaliśmy się prawdą biblijną. O naszej grupie poinformowano Biuro Główne w USA, które zatroszczyło się o to, żeby dotarł do nas jego specjalny przedstawiciel. Był to John Cooke, misjonarz z wieloletnim doświadczeniem w pracy na terenach zagranicznych.

Dopiero kilka tygodni po przyjeździe do Angoli brat Cooke uzyskał u władz portugalskich pozwolenie na złożenie nam wizyty. W Baia dos Tigres zjawił się 21 marca 1955 roku i mógł z nami pozostać pięć dni. Objaśniał Biblię w sposób bardzo przekonujący, toteż nie miałem wątpliwości, że reprezentuje on jedyną prawdziwą organizację Jehowy Boga. Ostatniego dnia brat Cooke wygłosił wykład publiczny zatytułowany „Ta dobra nowina o Królestwie”. Wysłuchały go 82 osoby, w tym komendant Baia dos Tigres. Każdy otrzymał kopię wykładu.

Podczas pięciomiesięcznego pobytu w Angoli brat Cooke nawiązał kontakt z wieloma tokistami, w tym także z ich przywódcą. Jednakże większość nie chciała przyłączyć się do Świadków Jehowy. Dlatego ja i moi współtowarzysze poczuliśmy się zobowiązani jasno przedstawić nasze stanowisko władzom. Uczyniliśmy to w formalnym liście z datą 6 czerwca 1956 roku, skierowanym do „Jego Ekscelencji Gubernatora Okręgu Moçâmedes”. Oświadczyliśmy, że nie mamy nic wspólnego ze zwolennikami Toco i że powinniśmy być uważani za „członków Towarzystwa Świadków Jehowy”. Poprosiliśmy również o przyznanie nam wolności wyznania. Ale naszego wyroku nie skrócono — wręcz przeciwnie, przedłużono go o dwa lata.

Wydarzenia przed chrztem

Ostatecznie w sierpniu 1958 roku zostaliśmy uwolnieni i wróciliśmy do Luandy, gdzie nawiązaliśmy kontakt z grupką Świadków Jehowy. Zorganizował ją rok wcześniej Mervyn Passlow, misjonarz przysłany do Angoli w miejsce Johna Cooke’a, którego deportowano jeszcze przed naszym powrotem. W roku 1959 przyleciał do nas jeszcze jeden misjonarz, Harry Arnott. Niestety, został aresztowany już na lotnisku. Zatrzymano również mnie i dwie inne osoby, z którymi czekałem, by go przywitać.

Bertę Teixeira i Manuela Gonçalvesa, niedawno ochrzczonych portugalskich Świadków, którzy mi towarzyszyli, wypuszczono, przykazawszy im, by przestali organizować zebrania. Brata Arnotta deportowano, a mnie zagrożono, że jeśli nie podpiszę dokumentu stwierdzającego, iż nie jestem już Świadkiem, znajdę się z powrotem w Baia dos Tigres. Po siedmiogodzinnym przesłuchaniu zostałem zwolniony, choć niczego nie podpisałem. Tydzień później ja i moi przyjaciele Carlos Cadi i Sala Filemon w końcu mogliśmy przyjąć chrzest. Wynajęliśmy pokój na przedmieściach Luandy, w dzielnicy Muceque Sambizanga, i tam zgromadzał się pierwszy zbór Świadków Jehowy w Angoli.

Ponowne prześladowania

Na zebrania przychodziło coraz więcej osób. Niektórzy zjawiali się z zamiarem złożenia na nas donosu, ale potem stwierdzali, że zebrania im się podobają, i z czasem sami zostawali Świadkami Jehowy! Zachodziły zmiany polityczne, a gdy 4 lutego 1961 roku wybuchło powstanie narodowe, nasza sytuacja stała się jeszcze trudniejsza. Mimo fałszywych zarzutów, rozpowszechnianych pod naszym adresem, 30 marca udało nam się zorganizować obchody Pamiątki śmierci Chrystusa, na której było obecnych 130 osób.

W czerwcu, kiedy prowadziłem studium Strażnicy, zebranie przerwała żandarmeria. Kobiety i dzieci puściła wolno, ale jak wspomniałem na wstępie — zabrała 30 mężczyzn. Dwie godziny bez przerwy bito nas drewnianymi pałkami. Przez trzy następne miesiące wymiotowałem krwią. Byłem pewny, że umrę; zresztą tak mi obiecał człowiek, który mnie skatował. Większość ofiar stanowiły nowe, nieochrzczone osoby studiujące Biblię, modliłem się więc żarliwie za nimi: „Jehowo, zaopiekuj się swymi owcami”.

Dzięki Jehowie nikt nie umarł, co wprawiło w zdumienie żołnierzy i niejednego pobudziło do wysławiania naszego Boga, bo ich zdaniem to On pomógł nam przeżyć. Większość pobitych zainteresowanych została z czasem ochrzczonymi Świadkami, a niektórzy usługują teraz jako chrześcijańscy starsi. Jeden z nich, Silvestre Simão, należy do angolskiego Komitetu Oddziału.

Dziewięć lat cierpień

Jak wspomniałem na początku, przez następne dziewięć lat znosiłem wiele cierpień i byłem przenoszony z jednego więzienia lub obozu pracy do drugiego. We wszystkich tych miejscach głosiłem więźniom politycznym, spośród których wielu zostało Świadkami. Pozwolono, by towarzyszyła mi żona, Maria, i nasze dzieci.

W obozie pracy w Serpa Pinto złapano czterech więźniów politycznych, którzy usiłowali zbiec. W okrutny sposób zamęczono ich na śmierć na oczach wszystkich więźniów, byśmy bali się nawet pomyśleć o ucieczce. Naczelnik obozu w obecności Marii i dzieci groził mi później: „Jeżeli jeszcze raz przyłapię cię na głoszeniu, zginiesz jak tamci”.

W końcu w listopadzie 1966 roku znaleźliśmy się w straszliwym obozie śmierci w São Nicolau. Po przybyciu struchlałem, gdy się okazało, że nadzór sprawuje tam komendant Cid — ten sam człowiek, który niemal zatłukł mnie na śmierć w więzieniu w São Paulo! Każdego miesiąca systematycznie zabijano dziesiątki osób, a moją rodzinę zmuszano do przyglądania się tym brutalnym morderstwom. W rezultacie Maria przeżyła załamanie nerwowe i nigdy w pełni nie doszła do siebie. Po jakimś czasie udało mi się uzyskać zgodę na przeniesienie żony i dzieci do Luandy, gdzie zaopiekowały się nimi dwie starsze córki, Teresa i Joana.

Wolność i znowu więzienie

We wrześniu 1970 roku zostałem wypuszczony na wolność i mogłem powrócić do rodziny i braci w Luandzie. Wzruszyłem się do łez, gdy zobaczyłem, jakiego rozmachu nabrało dzieło głoszenia przez dziewięć lat mojej nieobecności. Kiedy w 1961 roku zabrano mnie do więzienia, zbór w Luandzie składał się z czterech małych grup. A teraz były tu cztery duże zbory, dobrze zorganizowane i odwiedzane co pół roku przez podróżującego przedstawiciela organizacji Jehowy. Ogromnie cieszyłem się z wolności, ale nie trwała ona długo.

Pewnego dnia wezwał mnie szef nieistniejącej już Policji Śledczej i Obrony Państwa (PIDE). W obecności mojej córki Joany obsypał mnie pochlebstwami, a następnie dał mi do podpisania jakiś dokument. Wyliczono w nim obowiązki informatora PIDE i obiecano liczne korzyści materialne za usługi. Kiedy odmówiłem, zagrożono mi, że wrócę do São Nicolau i już nigdy stamtąd nie wyjdę.

Groźbę spełniono w styczniu 1971 roku, zaledwie po czterech miesiącach mojego pobytu na wolności. Aresztowano 37 chrześcijańskich starszych z Luandy i wysłano do São Nicolau. Przebywaliśmy tam do sierpnia 1973 roku.

Uwolniony, lecz wciąż prześladowany

W roku 1974 w Portugalii ogłoszono wolność religijną, a potem objęto nią portugalskie prowincje zamorskie. Dnia 11 listopada 1975 roku Angola uzyskała niepodległość. W marcu tego roku bez przeszkód odbyły się pierwsze zgromadzenia obwodowe — to było niezwykłe przeżycie! Przy tej radosnej okazji miałem przywilej wygłosić wykład publiczny na obiekcie sportowym w Luandzie.

Jednakże nowy rząd sprzeciwiał się naszemu neutralnemu stanowisku, a w Angoli toczyła się wojna domowa. Sytuacja stała się tak krytyczna, że biali Świadkowie musieli uciekać z kraju. Mnie i dwom innym miejscowym braciom powierzono przewodzenie działalności kaznodziejskiej w Angoli pod kierownictwem portugalskiego Biura Oddziału Świadków Jehowy.

Wkrótce moje nazwisko zaczęło się pojawiać w gazetach i radiu. Oskarżano mnie o szpiegostwo na rzecz światowych imperialistów oraz o nakłanianie angolskich Świadków do odmowy udziału w walce. Dlatego zostałem wezwany do naczelnego gubernatora prowincji Luanda. Z szacunkiem wyjaśniłem mu, na czym polega neutralność Świadków Jehowy na całym świecie i że taką samą postawę zajmowali pierwsi naśladowcy Jezusa Chrystusa (Izajasza 2:4; Mateusza 26:52). Gdy nadmieniłem, że pod rządami kolonialnymi spędziłem przeszło 17 lat w więzieniach i obozach pracy, gubernator postanowił, iż nie zostanę aresztowany.

W tamtych czasach w Angoli służenie Jehowie w charakterze Jego Świadka wymagało odwagi. Ponieważ mój dom był pod obserwacją, nie mogliśmy dłużej organizować w nim zebrań. Tak jak powiedział apostoł Paweł, „na wszystkie sposoby byliśmy uciskani, ale nie tak ściśnięci, żebyśmy nie mogli się poruszyć” (2 Koryntian 4:8). Nigdy nie przestaliśmy być aktywni w służbie. W dalszym ciągu głosiłem i usługując w charakterze nadzorcy podróżującego, wzmacniałem zbory w prowincjach: Benguela, Huíla i Huambo. Byłem wtedy znany pod innym imieniem, jako brat Filemon.

W marcu 1978 roku nasza działalność kaznodziejska została ponownie zakazana, a z wiarygodnych źródeł otrzymałem wiadomość, że fanatyczni rewolucjoniści zamierzają mnie zabić. Schroniłem się więc w domu Świadka z Nigerii, pracującego w ambasadzie nigeryjskiej w Angoli. Kiedy po miesiącu sprawa ucichła, dalej usługiwałem braciom jako nadzorca obwodu.

Pomimo zakazu i wojny domowej tysiące Angolczyków przychylnie reagowało na głoszenie. Ze względu na wspaniały wzrost liczby Świadków utworzono Komitet Kraju, który pod przewodnictwem Biura Oddziału w Portugalii kierował działalnością kaznodziejską w Angoli. Kilka razy jeździłem do Portugalii, gdzie otrzymałem cenne szkolenie od wykwalifikowanych kaznodziejów, jak również potrzebną pomoc medyczną.

Wreszcie wolno nam głosić!

Kiedy przebywałem w obozach pracy, więźniowie polityczni często drwili ze mnie i mówili, że nigdy nie wyjdę na wolność, jeśli będę głosił. Odpowiadałem wtedy: „Jehowa jeszcze nie uznał, że jest to czas na otwarcie drzwi, ale kiedy to uczyni, żaden człowiek nie zdoła ich zamknąć” (1 Koryntian 16:9; Objawienie 3:8). Te drzwi do działalności kaznodziejskiej otworzyły się szerzej po upadku Związku Radzieckiego w 1991 roku. Wtedy zaczęliśmy się cieszyć w Angoli większą miarą wolności. A w roku 1992 zostaliśmy oficjalnie zalegalizowani. W końcu w 1996 roku utworzono w Angoli oddział Świadków Jehowy, a ja zostałem członkiem jego Komitetu.

Podczas tych wielu lat, gdy przebywałem w więzieniach, moja rodzina w taki czy inny sposób miała zapewnioną opiekę. Z sześciorga naszych dzieci pięcioro żyje. Ukochana córka Joana zmarła w ubiegłym roku na raka. Czworo dzieci dało się ochrzcić, ale jedno jeszcze nie zdecydowało się na ten krok.

Kiedy w 1955 roku odwiedził nas brat Cooke, w Angoli dobrą nowinę o Królestwie Bożym głosiły cztery osoby. Dzisiaj w tym kraju jest przeszło 38 000 głosicieli Królestwa i każdego miesiąca prowadzą oni ponad 67 000 studiów biblijnych. Wśród głosicieli dobrej nowiny jest wielu naszych dawnych prześladowców. To dla nas prawdziwa nagroda. Jakże jestem wdzięczny Jehowie, że zachował mnie przy życiu i umożliwił mi spełnianie mego gorącego pragnienia, by ogłaszać Jego słowo! (Izajasza 43:12; Mateusza 24:14).

[Mapa na stronach 20, 21]

[Patrz publikacja]

Demokratyczna Republika Konga

Kinszasa

Angola

Maquela do Zombo

Luanda

São Nicolau (obecnie Bentiaba)

Moçâmedes (obecnie Namibe)

Baia dos Tigres

Serpa Pinto (obecnie Menongue)

[Prawa własności]

Mountain High Maps® Copyright © 1997 Digital Wisdom, Inc.

[Ilustracje na stronach 22, 23]

Poniżej: Z Johnem Cookiem w 1955 roku. Z lewej strony stoi Sala Filemon

Po prawej: spotkanie z Johnem Cookiem po 42 latach

[Ilustracja na stronie 23]

Z moją żoną, Marią

    Publikacje w języku polskim (1960-2026)
    Wyloguj
    Zaloguj
    • polski
    • Udostępnij
    • Ustawienia
    • Copyright © 2025 Watch Tower Bible and Tract Society of Pennsylvania
    • Warunki użytkowania
    • Polityka prywatności
    • Ustawienia prywatności
    • JW.ORG
    • Zaloguj
    Udostępnij